IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Namiot (Bellamy Blake)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar



PisanieTemat: Namiot (Bellamy Blake)   Nie 3 Maj 2015 - 22:28


Namiot stworzony z materiału ze spadochronów Exodusa. Może to i nie sprawiedliwe, ale ten namiot jest większy niż reszta, sorry not sorry. Wstęp dla niezaproszonych wzbroniony i surowo karany.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Wto 21 Lip 2015 - 22:03

/po wszystkich rozgrywkach

Namiot, który tak naprawdę namiotem nie był, był jedynym miejscem, gdzie Bellamy mógł chociaż na chwilę odpocząć od tłumu, który go otaczał. Jeżeli ktoś mu wparował do środka, mógł po prostu takiego delikwenta wywalić na zewnątrz i po sprawie. Dlatego też chyba nie ma się co dziwić, że po kolejnym ciężkim dniu, spędzonym na tworzeniu obozowiska, które to miało zapewnić wszystkim bezpieczeństwo, Bellamy ucieszył się, kiedy w końcu znalazł się we wnętrzu swojego namiotu, mogąc się nacieszyć samotnością i trochę odpocząć. Wnętrze nie było super luksusowe, ale można było się tutaj przespać, nie narażając się na wiatr i deszcz. Chociaż pewnie, jakby nadeszła burza, to wszystkie namioty by poleciały, ale skoro jeszcze nie dane było im się zmierzyć z czymś takim, to lepiej było nie zapeszać. Teraz Bellamy też niezbyt przejmował się tym, co by było gdyby, bo za dużo problemów teraźniejszych mieli byli mieszkańcy Arki, żeby sobie dokładać jakiś kolejnych, które mogły nigdy się nie wydarzyć. Znajdując się w zacisznym wnętrzu, wszystkie troski odpłynęły i jedyne o czym marzył Blake znajdowało się tutaj - dokładniej mówiąc chodziło o naprawdę prowizoryczne łóżko, jednak w warunkach w których było im dane żyć, na nic lepszego raczej nie mieli co liczyć. Dlatego też Bellamy ściągnął kurtkę, myśląc jedynie o tym, żeby się położyć i zdrzemnąć chociaż na kilka godzin.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Sro 22 Lip 2015 - 0:05

kilka godzin po spotkaniu Ivette

Jeśli Dani miałaby się zastanowić, czy woli namiot, czy jednak spanie wewnątrz Exodusa, to chyba jednak wybrałaby o drugie. Okej, niby namiot daje jakąś tam prywatność, ale nie dość, że słychać w nim wszystko, co dzieje się wokół (jak i w drugą stronę, słychać to, co dzieje się w środku), to na dodatek materiałowe ściany nie zapewniają ochrony przed chłodem i wiatrem. Zresztą, Dani wychowała się w grupie zastępczej, więc była przyzwyczajona do spania z innymi, do harmidru, rozmów wokoło i braku prywatności.
Ale teraz zupełnie co innego zaprzątało jej głowę. Jasnym dla niej było, że została oszukana i kiedy pobiegła w las "ratować najmłodszą osobę z setki", to tak na prawdę biegła bez sensu. I tym gorzej dla niej, bo nie tylko niemal nie połamała się spadając ze skarpy, ale też spotkała żywego człowieka, który mieszka gdzieś w tym lesie. I na pewno nie jest to tylko jedna osoba. To też była ważna kwestia, która nie dawała jej spokoju. No w każdym razie jej ciało chyba wciąż było pod wpływem adrenaliny, bo jeszcze nie czuła bólu rozcięć na dłoniach, czy uderzenia pleców o ziemię, czy też wszelkich innych ciosów, które nastąpiły później, a wszystko to miało miejsce kilka godzin temu. Chyba po prostu nie miała jeszcze czasu na uspokojenie się, odetchnięcie i pomyślenie o tym wszystkim, bo jak w końcu wróciła do obozu, musiała zająć się właśnie tą najmłodszą z całej setki osobą. Pod jej nieobecność dziecko wróciło razem z grupą zbieraczy, słaniające się na nogach, blade i tak osłabione i odwodnione, że niewiele brakowało do utraty świadomości. Zadbała o nawodnienie dziecka, zrobiła też wywiad odnośnie całego wyjścia zbieraczy i zorganizowała zimną wodę na okłady, bo wyraźnie dziewczynka miała gorączkę.
Po godzinie krzątania się przy prowizorycznym łóżku i sprawdzaniu co chwilę temperatury i pulsu, ze zmartwieniem i przestrachem stwierdziła, że gorączka nie ustąpiła, a wręcz jest gorzej. Poprosiła kogoś o zajęcie się pacjentką i sama, właściwie chyba wiedziona frustracją spowodowaną bezsilnością i przez to również złością, bez "pukania", czy innego grzecznego anonsowania swojego przybycia, po prostu wparowała do namiotu Bellamy'ego. Czemu akurat przyszła do niego? Bo nie dość, że mianował się królem i przywódcą, który to niby nie narzuca żadnych zasad, to widziała, jak zbierał przeróżne rzeczy z wnętrza i okolic Exodusa i składował gdzieś na kupie. Więc mógł znaleźć wiele przydatnych medycznie specyfików.
- Jeśli w czasie swoich poszukiwań skarbów znalazłeś cokolwiek, co choć pozornie może się przydać do pomocy chorym, to najwyższa pora, żebyś podzielił się tą zdobyczą z tymi, którzy tego potrzebują. - Wbrew pozorom nie mówiła z żadnym wyrzutem, ani nie podniosła głosu, nie piorunowała go wzrokiem, ot, po prostu poinformowała go, że najwyższa pora przestać zgrywać podwórkowego koguta i zacząć brać odpowiedzialność za nadaną sobie pozycję lidera.

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Sro 22 Lip 2015 - 11:22

Problem z byciem w grupie pełnej nastolatków był taki, że wciąż czegoś chcieli. Zawsze znalazł się ktoś, kto miał z czymś problem. Ktoś zawsze będzie miał jakieś pretensje. Do tego dochodziły te wszystkie nastoletnie dramy. Dlatego Bellamy mógł już przeżyć wiatr, deszcz, wszystko, byleby mieć tylko chwilę wytchnienia. Właściwie to on nawet nie miał zamiaru być żadnym liderem, ani nikim w tym stylu. Sami do niego przyszli i, jakby w końcu nie ogarnął ludzi, żeby coś robili, to pewnie dalej by biegali radośnie po trawie i liczyli liście. Albo by umierali z pragnienia i głodu. Czy jednak znalazł się ktoś, kto mu za to podziękował? Nie. Lepiej było co chwilę znajdować nowe problemy i powody, żeby winić go za każde niepowodzenie jakie kogokolwiek z setki spotka. Więc tak, wolał siedzieć w namiocie, niż w większej grupie w Exodusie, bo tutaj przynajmniej miał trochę świętego spokoju. Przynajmniej, trochę naiwnie, wierzył, że będzie go miał, jednak jak to często w życiu bywa, szybko się okazało, że nie ma nigdzie w pobliżu miejsca, gdzie mógłby odpocząć od tego całego zgiełku i harmidru.
Właśnie teraz do czegoś takiego doszło. Miał nadzieję, że będzie miał chociaż godzinę spokoju. Niestety nie było mu to dane, gdyż ktoś postanowił wparować do jego namiotu. Bez pukania, bez słowa zapowiedzi. A co, jakby Bellamy stał tutaj nagi? Naprawdę bardzo nieuprzejme zachowanie. Chyba powinien zacząć przed wejściem do namiotu wystawiać jakąś straż, która by pilnowała jego spokoju i wszystkich, którzy chcieliby się tak wedrzeć do środka przepędzali. Teraz jednak nie było co płakać nad rozlanym wywarem, więc Bellamy w ciszy wysłuchał tych wszystkich, jakże irracjonalnych słów, sugerujących, że chomikuje gdzieś jakieś lekarstwa. Nawet nie odwrócił się, kiedy dziewczyna mówiła, tylko spokojnie ściągnął kurtkę i rzucił ją w stronę łóżka. Właściwie to nie miał nawet siły odpowiadać na te wyimaginowane zarzuty, ale wiedział, że jak ją zignoruje, to tylko bardziej będzie jęczeć i psioczyć. - Czy ja wyglądam na jakiegoś lekarza? - zapytał, odwracając się w stronę brunetki i krzyżując ręce na piersi - Jeżeli chcesz winić kogoś za bark lekarstw, czy brak czegokolwiek, to wiń Arkę, a nie mnie - powiedział. Myślenie, że Bellamy trzyma coś z dala od reszty, pozwalając, żeby małe dzieci chorowały, było naprawdę krzywdzące. - Jakbyś nie zauważyła, to staram się utrzymać tych idiotów przy życiu - dodał z kamienną twarzą. Już nie chciał mówić, że chyba oszalała, jeżeli myśli, że Arka zostawiła im cokolwiek, czym mogliby się leczyć. Oprócz garści żelastwa, które było w Exodusie nie mieli nic. Jak chciała lekarstwa, to powinna się zacząć rozglądać za nimi w lesie, a nie truć dupę Bellamy'emu i oskarżać go o jakieś durnoty.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Sro 22 Lip 2015 - 11:48

Trochę nie przemyślała tego wpadania bez zapowiedzi, ale emocje dnia dzisiejszego i ta bezradność w sprawie chorego dziecka sprawiły, że nie myślała, a po prostu robiła. Poza tym, lider samozwańczy, czy nie, Bellamy jakoś nie narzekał na to, że sprawuje jakaś władzę w obozie. A w każdym razie Dani nie zauważyła, żeby narzekał. Co prawda od lądowania nie zamieniła z nim ani słowa, więc jakiekolwiek ocenianie powinna pozostawić gdzieś z boku, ale nietypowa sytuacja sytuacja, w jakiej wszyscy się znaleźli, wywierała zdecydowanie nietypowe dla nich zachowania.
Właściwie słowa chłopaka nieco zdzieliły ją po głowie, bo nie sądziła, żeby Arka wysłała ich na Ziemię BEZ jakichkolwiek medykamentów, choćby ich śladowej ilości.
- Zdecydowanie nie wyglądasz na lekarza, ale nie potrzeba geniusza do rozpoznania opakowania z aspiryną. - Nie powie tego wprost, ale nie zachwiał jej przekonania co do choćby DROBNEGO zaopatrzenia zaplecza medycznego.
Uniosła nieco brwi, słysząc to nieco obraźliwe określenie hasającego poza ścianami jego namiotu motłochu.
- Czyli wykrzykiwanie, że brak zasad jest jedyną zasadą uważasz za utrzymywanie wszystkich przy życiu? Tak samo, jak mieszanie wszystkim w głowach i przekonywanie, że pozbawienie jedynego możliwego kontaktu z Arką - tu uniosła rękę i wskazała na bransoletę na nadgarstku - wyjdzie im na dobre? Doprawdy w bardzo osobliwy sposób okazujesz troskę, jaką otaczasz bandę nastolatków nazywającą cię "przywódcą". Zainteresowałeś się choć raz tymi, którzy rozchorowali się, bo zjedli jakieś niewinnie wyglądające owoce zebrane w lesie? - Nie widziała go ani razu w miejscu, gdzie znajdowali się chorzy, ale mogli się przecież mijać, bo i Dani nie sterczy tam całą dobę.

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Sro 22 Lip 2015 - 12:12

Och, najlepiej było oceniać wszystkich nawet ich nie znając. Co prawda Bellamy uważał jakieś 98% setkowiczów za idiotów, ale to tylko w momentach, kiedy był wyjątkowo zirytowanych ich zachowaniem. Nie mniej nie życzył im śmierci. Właściwie, gdyby życzył, to by machnął ręką, zabrał Octavię i może jeszcze kogoś, kogo jakąś sympatią by darzył i tyle by ich widzieli. Zostałby im wtedy Wells, którego nikt nie chciał słuchać, bo duża większość przestępców po prostu nienawidziła jego ojca, z racji braku Kanclerza, swoją nienawiść przelewała na jego syna. I to było chyba na tyle. Reszta nie wykazywała ani żadnych większych chęci żeby coś zrobić, ani żadnej inicjatywy. Czy więc na miejscu było napadanie na tak naprawdę jedną z nielicznych osób, które starały się coś zorganizować? Jak dla Bellamy'ego nie, ale najwyraźniej niektórzy musieli wyładowywać swoją frustrację na innych. Niezbyt przyjemnie, jednak nic na to poradzić nie można było.
Za słowa o aspirynie obdarzył dziewczynę pełnym niedowierzania spojrzeniem, które to było zarezerwowane dla wszystkich, najbardziej topornych rozmówców - Naprawdę jesteś tak naiwna, że myślisz, że Arka zostawiła w Exodusie jakikolwiek lek? Słyszałaś nagranie Kanclerza, wysłali tutaj wszystkich, bo zawadzali i marnowali tleny, a Ty myślisz, że zaopatrzyli nas w apteczkę - wywrócił oczami. W takich chwilach miał ochotę załamać ręce. Tyle lat mieszkali na Arce, gdzie nie można było nic marnować, gdzie zabijali ludzi za zużycie tlenu, a tutaj proszę - mieli im niby dać jakieś leki? Zostali zesłani na Ziemię, żeby umrzeć, więc nikt nie marnowałby na nich nawet tabletki na kaszel.
Kolejne słowa brunetki były dla Bellamy'ego jak trzaśnięcie w policzek. Naprawdę wiele rzeczy można było o nim powiedzieć, że za bardzo krzyczy, że większości ludzi nie słucha, ale na pewno nie można było mu zarzucić, że działa na czyjąkolwiek niekorzyść. Teraz to sobie dziewczyna nagrabiła. - Nie, uważam, że zdobywanie jedzenia i budowanie muru utrzyma nas przy życiu. I, jakbyś nie zauważyła, tym się zajmuję. Wybacz, że nie chodzę po wszystkich i nie trzymam ich za rękę, kiedy mają koszmary, albo że nie przejmuję się, kiedy płaczą, bo tęsknią za domem. Tutaj nie ma miejsca na słabości, ani na strach i jeżeli jeszcze tego nie zrozumiałaś, to dla własnego dobra powinnaś - odpowiedział. Była ich tutaj setka, więc powinni się troszczyć o siebie nawzajem. Bellamy nie mógł być w dziesięciu miejscach na raz, dlatego chyba powinno mu się wybaczyć, że nie siedzi przy każdej osobie, która ma jakieś smutki - I dlaczego niby mielibyśmy chcieć kontaktować się z Arką? Każda osoba, która się tutaj znalazła została zamknięta, po czym wysłali wszystkich po cichu na Ziemię, bo marnowali tlen. Nie jesteśmy im niczego winni, a tutaj przynajmniej możemy żyć jak chcemy. Myślisz, że jak pojawią się tutaj strażnicy, to wszyscy zostaną magicznie uniewinnieni? A co z tymi, którzy nie mają rodzin, bo Rada skazała ich ojców i matki na śmierć za nic? Niby czemu takie osoby miałyby chcieć kontaktować się z Arką? Ja chociaż daję ludziom wybór, a większość nie chce mieć nic wspólnego z naszym dotychczasowym domem - wzruszył ramionami. No dobra, Wellsowi nie dał wyboru, ale o tym nikt nie musi wiedzieć. Zresztą nie kłamał mówiąc o ludziach, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z Arką, bo większość nie chciała. - W jaki sposób moja obecność miałaby polepszyć stan zdrowia kogoś, kto był na tyle głupi, żeby zjeść coś, co nie wiadomo czy nadaje się do jedzenia? Nie mamy lekarstw, a ja nie znam się na medycynie. Powinnaś mieć pretensje do tych, którzy się szkolili w tym kierunku, a nie do mnie - stwierdził. Gdyby tylko znał się na roślinach leczniczych, albo samym leczeniu, to by pomógł. Na co jednak miał się przydać wśród chorych, skoro była potrzebna pomoc przy budowaniu muru i polowaniu? Chorzy chorymi, ale trzeba było nakarmić prawię setkę osób, a to chyba powinno być ich priorytetem.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Sro 22 Lip 2015 - 19:17

Dani ani trochę nie popierała dyktatury i tyranii panującej na Arce, nie darzyła Rady sympatią, a za marnowanie tlenu uważała tych, którzy uciekali od pomocy innym, bo mogłoby to zaszkodzić im samym. Mimo to jednak sądziła, że skoro zostali wysłani na rzekomą misję, to gdzieś w statku umieszczono przynajmniej minimum potrzebne do przeżycia, czyli głównie myślała o lekach. Ale Bellamy miał w pewnym stopniu rację, no bo skoro ich przeżycie było wielką niewiadomą i mieli może nawet mniej niż pięćdziesiąt procent szans na przeżycie i z góry zostało założone, że każdy z setki jest denatem już w momencie startu statku, to na co trupom paczka aspiryny i syrop na kaszel? Nawet jeśli ciąż wierzyła, że nie zostaliby wysłani na pewną śmierć, to chłopak zabił jej klina i dało jej to do myślenia. Dlatego też, choć najchętniej coś by odpowiedziała, nie zrobiła tego.
Nie mniej jego słowa poruszyły jakąś delikatną strunę, co nie tyle rozeźliło Dani, a raczej mocno zirytowało.
- Jeśli sądzisz, że nie ma miejsca na strach, to czas najwyższy przejrzeć na oczy. Trafiliśmy na kompletnie nie znaną nam Ziemię, gdzie najwyraźniej nie jesteśmy sami, a informacje, które krążą po Arce nadają się co najwyżej do podtarcia sobie tyłka, bo promieniowanie miało niemal sto lat na popuszczenie wodzy fantazji. Myślisz, że tylko motylom się oberwało i zaczęły świecić w ciemności? - Oczywiście, że była przerażona spotkaniem innego człowieka. Człowieka, który urodził się i mieszka na Ziemi i na pewno nie jest sam. I choć nie powiedziała wprost, że napotkała tubylca, to jasnym było, że wie o obecności miejscowych.
- O, jasne, krytykuj tych, co mają jakieś pojęcie o medycynie, bo przecież jesteśmy nieomylni i wiemy jak mutowały rośliny na Ziemi. - Nie podniosła głosu, ale w jej wypowiedź wdarła się nuta ironii. Przed wyjściem grupy zbierającej zioła, owoce, grzyby, czy cokolwiek innego, dwoiła się i troiła żeby przynajmniej części powiedzieć co może być bezpieczne do zebrania i czego powinni szukać, ale najwyraźniej Matka Natura miała niezły ubaw robiąc ich w bambuko i całkowicie zmieniając właściwości roślin znanych im z książek i zapisków znajdujących się na Arce.
Wygrzebała z kieszeni kilka liści, podeszła do Bellamy'ego, chwyciła jego rękę za nadgarstek i wetknęła mu w dłoń zieleninę, po czym puściła.
- Mięta. Według znanych nam źródeł ma właściwości przeciwbakteryjne, jest bogatym źródłem witamin A i B3, a także wapna, fosforu, żelaza, magnezu. Ma specyficzny silny zapach i przeżuwana na "surowo" oczyszcza jamę ustną i odświeża oddech. Niestety te informacje można o kant tyłka rozbić, bo wystarczy rozgryźć listek, a kilkadziesiąt minut później gorączka zwala cię z nóg. Przykro mi, że muszę zniszczyć twoje przekonanie o nieomylności osób z jakąkolwiek wiedzą medyczną. Najwyraźniej tutaj nasza wiedza niewiele nam pomorze. I nie sądzę, żeby tylko niewinna mięta okazała się zamaskowaną trucizną. - Spojrzała na niego nieco ostrzej. - Wcale nie tęsknię za Arką i niespecjalnie chcę widzieć tę bandę zaślepionych własnym dobrem tchórzy, którzy nie potrafią postawić się bezsensownemu systemowi wrzucającemu wszystkich łamiących prawo, czy to słusznie, czy nie słusznie, do jednego wora. Ale na Arce są znane nam leki, rośliny i narzędzia, które z pewnością znacząco pomogłyby nam tutaj przetrwać. Przynajmniej do czasu, aż nauczymy się życia z tak odmienioną Ziemią. - Nawet jeśli Bellamy miał rację, to doskonale wiedziała, że ona też ma rację.
Są tu wszyscy w kupie i każdy z nich posiada jakąś wiedzę i jakieś umiejętności, ale jeśli mają faktycznie przeżyć i faktycznie jakoś funkcjonować, to chyba trochę źle się do tego zabrali. Sami nie do końca wiedzieli w co się bawią, nie mieli pojęcia co na nich czyha, musieli się tego nauczyć, ale w tym celu trzeba było, żeby faktycznie sobie pomagali, a nie tylko oczekiwali, że inni będą to robić.
- Skoro już jesteś tym... liderem, czy jakkolwiek chcesz nazwać swoją pozycję w grupie, to nie możesz uciekać od odpowiedzialności. I jeśli faktycznie zależy ci na utrzymaniu całej grupy przy życiu, to to pokaż. Zainteresowanie innymi to podstawa, nie możesz bagatelizować niczyjego problemu, bo w świecie, w którym się znaleźliśmy, którego nie znamy i który jest przerażający i dużo większy od małej Arki, każdy problem wyrasta do rozmiarów o wiele przewyższających jego autentyczny rozmiar. Jeśli mamy tu przeżyć, to każdy z nas musi wiedzieć i wierzyć w to, że jesteśmy w tym razem i faktycznie staramy się sobie pomóc. Jak inaczej chcesz przetrwać dużo gorsze sytuacje niż gorączka jednej osoby, koszmary i strach przed tym miejscem? Nie mamy pojęcia co jeszcze może się stać, jesteśmy tu zaledwie kilka dni i póki co nie jest różowo i puszyście, wszystkim puszczają nerwy. - Trochę ochłonęła wewnętrznie, poniekąd też przyznając się do tego, że może nieco niesłusznie wybuchła. Prawda była taka, że większość najprawdopodobniej czuła się... samotnie. Niby nie byli sami, ale nawet w tłumie można być samotnym. Tym bardziej, jak wszystkich znajomych zostawiło się na Arce.

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Sro 22 Lip 2015 - 20:41

Jak dla Bellamy'ego wiara w cokolwiek związanego z Arką, była po prostu idiotyzmem. Sam na własnej skórze i na przykładzie swojej rodziny przekonał się, że nie ma co ufać ani ludziom, którzy sprawowali władzę, ani nawet osobom z którymi się pracowało. Dodatkowo miał inny powód, żeby nie chcieć tutaj ludzi z Arki, ale tego już nie miał zamiaru zdradzać dziewczynie. Właściwie nikomu o tym nie powiedział, nawet własnej siostrze, więc dzielenie się czymkolwiek z obcą nastolatką nawet nie wchodziło w grę. Nie mniej miał wystarczająco dużo dosyć oczywistych powodów, żeby nienawidzić Arki. I dobrze wiedział, że ma rację. Dziewczyna mogła sobie naiwnie wierzyć, że wysłano ich na misję ratunkową, ale on wiedział, że to raczej misja samobójcza. Gdyby wiedzieli, że na Ziemi można przeżyć to na pewno nie wysłaliby bandy nastolatków, którzy nie mają pojęcia co robić. Sami wraz ze strażnikami by tutaj przylecieli i mieliby głęboko gdzieś całą resztę. Jakby naprawdę wierzyli, że uda im się przeżyć promieniowanie daliby im chociaż paru strażników, albo lekarza. Nie dostali jednak nic, oprócz paru siekier, łopat i latarek, które pewnie zostały w Exodusie przez przypadek.
Słysząc słowa dziewczyny wywrócił oczami. - Czy Ty w ogóle słuchasz tego co mówię? Właśnie dlatego nie ma tutaj miejsca, żeby się bać i pokazywać swoje słabości. Nie jesteśmy tutaj sami, nie wiadomo co jeszcze czai się w ciemnościach, ale jeżeli uważasz, że powinniśmy usiąść wszyscy w kółku i porozmawiać o swoich lękach i problemach, to droga wolna. Pamiętaj jednak, że nie wszyscy trafili do więzienia za kradzież kromki chleba, albo zmarnowanie powietrza. Są tutaj mordercy, osoby które bez mrugnięcia okiem wbiłyby Ci nóż w plecy, albo zostawiły w dżungli na pastwę losu. Ale jasne, jeżeli uważasz, że wszyscy powinni zacząć pokazywać jak bardzo się boją, to proszę bardzo. Zobaczymy jak długo wszyscy pożyją - wysyczał zirytowany. Nie mówił przecież, że nikt się nie boi, bo to było dosyć logiczne. Jednak to nie był ani czas, ani miejsce, żeby o tym mówić, czy pokazywać. Musieli przetrwać, a tego mogli dokonać tylko najsilniejsi. Po to wymyślał ludziom działania, żeby nie musieli myśleć o swoich lękach i strachach. Okazywanie słabości na pewno nikomu by nie pomogło.
Nikogo nie krytykował, jednak skoro ona atakowała jego bez podstawy, to czemu niby robiła mu teraz wyrzuty, że odbija piłeczkę? - Jedyną osobą, która tutaj kogoś krytykuje to Ty. Niby w jaki sposób moją winą jest fakt, że nie wszystkie rośliny znane na Arce mają wciąż te same właściwości? Byłem woźny, a nie lekarzem, kucharzem, czy też rolnikiem - stwierdził, bo chyba jednak dziewczyna trochę na opak rozumiała jego słowa. Każdy robił to co potrafił, a Bellamy nie różnił się pod tym względem od reszty. Był strażnikiem, więc mógł polować, mógł budować mury i schronienia, ale nie znał się na roślinach. Nie winił też tych, którzy się mylili, bo się zdarza. Jednak niesprawiedliwością było, że jego winiono za wszystko, nawet za rzeczy, na które wpływu żadnego za bardzo nie miał.
Wyrzucił na ziemię liście, które wcisnęła mu w ręce - I to też moja wina? Że się okazało, że to nie zwykła mięta, tylko zmutowana? Oczekujesz, że będę w ramach pokuty za to się publicznie umartwiał? - zapytał, nie za bardzo wiedząc czego od niego oczekuje. Co poradzi na to, że zjedzenie jednego listka wpływa na nich w taki a nie inny sposób? Ma zacząć próbować każdy listek i każdą jagodę przed całą resztą, żeby na sobie sprawdzić jego działanie? - Bo na pewno jak wyląduje tutaj reszta Arki, to każdy z nas stanie się pełnoprawnym obywatelem, który będzie mógł korzystać z czego tylko będzie chciał, w nieograniczonych ilościach - skomentował - Za co Cię zamknęli? - zapytał, bo jakoś wątpił, żeby jej zbrodnia była znacząca. Podejrzewał, że to była jakaś drobnostka, która w normalnym świecie zostałaby całkowicie zignorowana, lecz na Arce dziewczyna zasłużyła za nią na śmierć. Jak mogła wciąż wierzyć w ludzi, którzy jej to zrobili? Którzy zrobili to im wszystkim?
Zdaniem Bellamy'ego radzili sobie całkiem nieźle. Może nie było idealnie, ale chociaż się zorganizowali. Powstawał całkiem solidny mur, mieli co jeść i co pić. Zostali tutaj wysłani, żeby umrzeć, ale wbrew wszystkiemu wciąż żyli i nie tracili kolejnych ludzi. Zaczęli tworzyć sobie broń i uczyć się z niej korzystać. Zawsze można było znaleźć coś, co nie działało wciąż zbyt dobrze, ale zwalanie na Bellamy'ego winy za wszystko, raczej tego nie naprawi. Zwłaszcza, że Blake dniami i nocami harował, żeby ci wszyscy idioci nie poumierali. Jednak zamiast podziękowań otrzymywał jedynie pretensje. Nie oczekiwał kwiatów, ale mogliby mu chociaż przestać zawracać głowę takimi bzdurami.
Nic więc dziwnego, że słysząc ten monolog, wyglądał jakby miał ochotę coś walnąć. On był jeden, ich była setka. Czy naprawdę wszystko musiał robić sam i pokazywać, jak bardzo się stara, skoro i tak wszyscy mieli o wszystko pretensję? - Utrzymuję was przy życiu. Wysyłam ludzi na polowanie, żebyście mieli mięso do jedzenia, a moi ludzie w nocą, kiedy smacznie śpicie pilnują obozu, żeby móc zawiadomić wszystkich, jeżeli ktoś by się zbliżał. Wybacz, że nie siadam co noc przy ognisku i nie śpiewam kumbaya, wysłuchując potem opowieści co się komu śniło. Jeżeli ktoś się boi tego miejsca, to nic na to nie poradzę. Zresztą i tak nie ma wyjścia, bo magicznie nie zmieni miejsca zamieszkania. Czas żeby dorosnąć i samemu zacząć sobie radzi ze swoimi problemami, a nie zwalać to na innych - bez względu na to co się komu śniło, Bellamy nie mógł nic na to poradzić. Sam miał własne problemy, własne demony z którymi musiał cały czas się mierzyć, więc nie miał już siły, żeby zajmować się smutkami innych. Byli gdzie byli, musieli sobie z tym po prostu poradzić i tyle. To nie był czas na płacz, czy stękanie. Jeżeli chcieli przeżyć powinni przestać narzekać i zacząć robić, bo nie było tutaj nikogo, kto im wytrze łezki, albo opowie bajkę na dobranoc. A Bellamy nie miał zamiaru pokazywać, jak to mu strasznie zależy, bo w jego przekonaniu to mu nie zależało ani trochę. Nie chcieli współpracować, to nie, nie będzie nikogo zmuszał, żeby przestał się nad sobą użalać.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Sro 22 Lip 2015 - 21:57

Poza tym, że na Arce niezaprzeczalnie znajdowała się banda kretynów, którzy poza końcem własnego nosa nie widzą dosłownie nic, a i ludzie, którzy z założenia powinni pomagać innym są jedynie marionetkami w rękach Rady sprawującej rządy tak, żeby to im było dobrze i bez lizania tyłków tym najwyżej postawiony właściwie nie było zbytnio pola do manewru, żeby bez konsekwencji wykonać jakikolwiek ruch zgodny z własnym sumieniem, to Dani wciąż pamiętała o tym, że tam w kosmosie, poza już ukierunkowanymi dorosłymi żyjącymi wedle narzuconego im schematu, znajdują się niewinne dzieci, które także cierpią, choć nie są niczemu winne. Zostają pozbawione dzieciństwa, każe się im dorastać, zamyka się ich kreatywność w pudełkach schematu, a nawet zabrania żyć. To była główna część Arki, w którą wierzyła Dani, ale nie zamierzała nikogo przekonywać do tego, że setki tysięcy kilometrów nad nimi wciąż jest ktoś, kto zasługuje na troskę i na życie, jeśli nikt nie chciał słuchać.
- Strach stanie się słabością, jeśli zacznie się go ukrywać. Żeby przetrwać i być silnym trzeba zaakceptować fakt, że każdy z nas się boi i przezwyciężać lęki, inaczej szybciej wszyscy poginiemy od autodestrukcyjnych czynów, niż faktycznego zagrożenia. - Potarła palcami jedną skroń, czując jak zaczyna ją boleć głowa. Cało to wylewanie żali, bezpodstawne czy podstawne, sprawiło, że emocje nieco opadły, adrenalina odpuściła i ostatnie godziny zaczęły dawać się we znaki. Z resztą, to był pierwszy raz, jak faktycznie pozwoliła sobie na takie puszczenie nerwom, odkąd wylądowali. - Doskonale zdaję sobie sprawę z tego jak wybuchową mieszanką się tu znaleźliśmy, ale to nie zmienia faktu, że jeśli na dłuższą metę mamy przetrwać, to musimy znaleźć sposób, żeby sobie nawzajem ufać i przed sobą nie uciekać. I nie, wcale nie sądzę, że to łatwe i rozmowa w kółeczku wszystko załatwi, po prostu... - Westchnęła powolnie, zastanawiając się przez moment jak ubrać w słowa to, co w takim bałaganie w tej chwili pałętało jej się po głowie. -Czy tego chciałeś, czy nie, jesteś kimś w rodzaju lidera bandy nastolatków i nawet jeśli wydaje ci się, że jest inaczej, to wszyscy śledzą twoje poczynania i w taki czy inny sposób słuchają tego, co mówisz i robią to, co robisz. Zaangażuj się w grupę, nie umniejszaj niczyjej wartości i problemów, a zjednasz sobie większość. - Skoro wszyscy biegali z pretensjami tylko do Bellamy'ego, to był wyraźny znak, że traktują go jako kogoś, kto nimi przewodzi. To sam zrobiła zresztą Dani, przyszła do niego, bo właśnie on stał tu teraz na czele, był najstarszy, a więc i w wielu przypadkach dzieciakami wiodło myślenie, że to właśnie do niego powinni iść z wszelkimi wątpliwościami. To już było coś, jakiś początek. I nikt nie mówił, że to będzie łatwe.
Miała ochotę przewrócić oczami, ale ograniczyła się do nieco przedłużonego spojrzenia, które zdałoby się mówić "ty tak na serio?". - W zupełności będzie mi wystarczyło, jak dopuścisz do siebie fakt, że każdy z nas się tutaj myli i każdy ma prawo do wątpliwości i potrzeby wyrzuceni z siebie frustracji. Przykro mi, jeśli najczęściej ci się obrywa, poniekąd sam to na siebie sprowadziłeś. - Głoszenie, że jedyną regułą jet brak reguł i nawoływanie do ściągnięcia bransolet postawiło go na czołowym miejscu. Pociągnął jakąś część tłumu za sobą, więc teraz musiał to brzemię dźwigać.
- Wierz w to, lub nie, ale na Arce wciąż są ludzie, którzy troszczą się o dobro innych i nie przejdą obojętnie obok cierpiącego dziecka. - Na myśl przyszła jej głównie jej opiekunka, bo wiarę w lekarzy straciła w momencie, kiedy została skazana za ratowanie życia niewinnego dziecka. I dlatego też nie odpowiedziała od razu na pytanie chłopaka, przez moment przypatrywała mu się badawczo.
- Za danie szansy przeżycia nowo narodzonemu dziecku. Jednemu z bliźniąt, który niczemu nie zawinił, a został skazany na śmierć przez zabronienie podawania mu leków i tlenu potrzebnych do przeżycia. Według oskarżenia zmarnowałam tlen i leki. - Skrzyżowała ręce na piersi, ukrywając tym samym dłonie zaciśnięte w pięści. Czuła się trochę winna, że nie walczyła mocniej o to dziecko, nawet nie wiedziała, czy przeżyło.
Nie chciała się kłócić. Coraz mocniej czuła zmęczenie i ból każdego mięśnia, głowy każdego zadrapania na dłoniach.
- Twoi ludzie... Może pora zacząć uważać nas wszystkich za twoich ludzi. I nie tylko wy nie śpicie po nocach próbując utrzymać resztę przy życiu, są wśród nas też tacy, którzy robią co mogą, żeby utrzymać przy życiu tych, nad którymi wisi widmo śmierci albo kalectwa, bo nie mamy w zanadrzu żadnego znanego nam sposobu na leczenie. - Zrozumienie. Chyba o to chodziło jej od początku, tylko przez cały ten chaos, napięcie, emocje i oszołomienie nowym stylem życia, w jakiś sposób nie była w stanie określić tego, czego jej brakowało pomiędzy setkowiczami. Każdy z nich jechał na tym samym wózku i wszyscy musieli zrozumieć, że nie są sami z tym uczuciem... porzucenia? Bo wyglądałoby na to, że właśnie to Arka z nimi zrobiła.

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Sro 22 Lip 2015 - 22:55

Na Arce było tak, jak było. Większość decyzji może i była kontrowersyjna, ale z drugiej strony trzeba było utrzymać tych wszystkich ludzi przy życiu. Oczywistym było, że osobom, które straciły bliskich przez zasady panujące na stacji, każda podjęta przez Radę decyzja będzie zła. Być może dlatego właśnie Bellamy gardził nimi wszystkimi do granic możliwości. Może jakby nie zamknęli Octavii. Już i tak pozbawili ich matki, ale nie musieli zamykać dziewczyny, której jedyną zbrodnią było urodzenie się. Wśród mieszkańców Arki znajdowali się też i tacy, którzy faktycznie zasługiwali na kary, ale czasami po prostu panowała niesprawiedliwość. Teraz w końcu setkowicze mieli szansę stworzyć coś nowego, gdzie nikt nie będzie zamykany, bo zjadł dodatkową porcję żywności, albo zużył czegoś za dużo. Słusznie, czy nie słusznie, Bellamy wierzył, że w momencie kiedy stacja i wszyscy jej mieszkańcy wylądują na Ziemi, będzie tak jak było na Arce i nikt z nich nie zostanie uniewinniony.
- Więc co chcesz żebym robił? Zorganizował grupę wsparcie? Albo sesje psychologiczne? Sama mówisz, że musimy być silni i trzeba przezwyciężać swoje lęki. Zgadnij co? Nikt tego za nikogo nie robi. Każdy musi sam musi się z tym uporać - odpowiedział. Nie mówił, że nie powinni się bać, bo powinni. Nie bawili się w dom, a wszystko co ich otaczało mogło stanowić zagrożenie. Zresztą co jak co, ale nie można było Bellamy'emu zarzucić, że nie interesuje się najmłodszymi dziećmi. Jak tylko któreś widział, to starał się mu pomóc, ale do wszystkich nie będzie latać i pocieszać. Nie od tego tutaj był, żeby trzymać ludzi za rękę i mówić, jak to wszystko będzie dobrze, bo nie będzie. Jasne, mógł wygłosić dla nich przemówienie i opowiedzieć, jak to im się uda, ale to było tak naprawdę jedyne co mógł. - A co Twoim zdaniem przez cały ten czas robimy? Każdy ma jakieś zadanie, robi to w czym jest dobry. Najpierw musimy zapewnić sobie w miarę bezpieczne miejsce, a potem będzie można organizować wieczorne pogaduszki - stwierdził, wskazując ręką teren dookoła. Dla niego to było właśnie priorytetem - zabezpieczyć teren, żeby w razie czego mieli jakieś miejsce, gdzie będą mogli w miarę normalnie funkcjonować. Nie mógł poradzić nic na to, że ktoś był chory, ale mógł chociaż spróbować stworzyć im coś na kształt domu, gdzie będą mogli wracać, odpoczywać i po prostu żyć. To chyba było obecnie ważniejsze niż to, że ktoś ma koszmary. Jej kolejne słowa po raz kolejny spowodowały, że poczuł się, jakby mu przywaliła - Zaangażować się? A niby co do tej pory robiłem? Stałem z boku i przyglądałem się? Jeżeli tak bardzo się nie angażuję, to może chcesz się zamienić miejscami? Przez jeden dzień będziesz się trzymać z boku i wszystkich z ich problemami ignorować. Chociaż sobie odpoczniesz - co jak co, ale takie zarzucanie, że się nie angażuje było wyjątkowo nie na miejscu. Może nie głaskał każdego po głowie, ale chociaż się starał. Nie powinna też chyba zapominać, że tak jakby istnieją również ludzie z różnymi charakterami i, jak ona sama wyrażała swoją troskę poprzez rozmowę twarzą w twarz, tak Bellamy okazywał swoją troskę dbając o bezpieczeństwo wszystkich i organizację ludzi. Ilu ludzi, tyle charakterów, prawda?
- Ty przyszłaś do mnie. Zarzuciłaś mi, że kradnę leki i że zrzucam na wszystkich całą odpowiedzialność, samemu nic nie robią. Jeżeli ktoś tutaj nie dopuszcza do siebie faktu, że ludzie są nieomylni to Ty. Ja rozumiem, że mogą być problemy z identyfikacją roślin, albo z czymś innym. Jednak nie mogę z tym nic zrobić, więc naprawdę nie mam pojęcia, czemu zachowujesz się, jakbym uważał wszystkich za głąbów, którzy nic nie robią - odpowiedział, bo już trochę przeginała, tak mu rzucając w twarz to jedynym, to drugim. Wbrew pozorom sens jej słów trafił do niego już za pierwszym razem, kiedy to powiedziała. Dodatkowo nie rozumiał, czemu dziewczyna uważa, że komuś umniejsza czegoś. Już drugiego dnia mówił, że skoro ktoś jest w czymś dobry, to powinien się tym zajmować, a nie pchać się w to, czego nie rozumie. Dlatego on sam nie pchał się do żadnych medycznych zabaw, czy zbierania roślin. I tyle.
- Nikt się nie troszczył o dobro mojej siostry, kiedy ją zamknęli, więc wybacz, że jakoś nie obchodzi mnie ta cała święta reszta - stwierdził, wzruszając przy tym ramionami. Octavia była dzieckiem, mogli ją oddać do jakiegoś opiekuna, albo zostawić z bratem. Zamiast tego po prostu zabili ich matkę, a O zamknęli. Może i Bellamy by uwierzył w dobro ludzi na Arce, jednak sam go nigdy nie doświadczył.
- Niezłą nagrodę dostałaś od tych dobrych ludzi, którzy interesują się dobrem innych. Zrobiłaś to co należało, to co każdy przyzwoity człowiek, posiadający sumienie powinien zrobić, a zamiast zostać bohaterką, stałaś się kryminalistką. Marnowanie tlenu? Tutaj nie ma takiego problemu. Znajdziemy sposób, żeby dowiedzieć się, które rośliny mają właściwości lecznicze i nikt nie będzie nikogo karał za ratowanie życia. Jeżeli Arka tutaj wyląduje będzie tak samo jak było. Może i wszyscy zostaną ułaskawieni, ale chore przepisy nadal będą obowiązywać. Nie mówię, że wszyscy są źli, ale poradzimy sobie bez nich. Chcesz nieść pomoc tutaj? Znajdziemy Ci grupę tych, którzy też się na tym znają. Nie od razu Rzym zbudowano, więc na pewno nie raz, nie dwa się nam będzie noga podwijać, ale w końcu nam się uda. To jest właśnie różnica między tym, co możemy mieć tutaj, a co mieliśmy na Arce. Każdy ma czystą kartkę, każdy może się wykazać. Jesteś dobra w ratowaniu ludzi i pocieszaniu ich, więc rób to, ale jednocześnie nie oczekuj ode mnie, że będę razem z Tobą opowiadał dzieciom bajki na dobranoc. Nie jestem taki i nie zamierzam być. Możesz się z tym pogodzić, albo dalej wytykać mi jakieś irracjonalne rzeczy, na które nie mam wpływu. Wszyscy tkwimy w tym razem i dążymy do tego samego, więc po prostu Ty rób to co potrafisz najlepiej, a ja zajmę się resztą - zakończył swój długi monolog, trochę znużony tym wszystkim. Rozumiał, że dziewczyna stara się jak może, chociaż ciężko jest pomagać ludziom, nie mając żadnych lekarstw. Nic jednak nie wskazywało na to, że ich sytuacja się zmieni, więc muszą po prostu jakoś z tym żyć. Zarówno ona, jak i Bellamy chcieli utrzymać swoich ludzi jak najdłużej przy życiu, jednak rzucanie w siebie oskarżeniami raczej nikomu nie pomoże. Każde z nich powinno się zająć tym, co potrafi i razem coś zbudować. Takie przynajmniej było zdanie Blake'a i miał, taką bardzo cichą, nadzieję, że dziewczyna się z nim zgodzi.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Czw 23 Lip 2015 - 1:19

Nawet jeśli to było naiwnym życzeniem, to Dani jednak sądziła, że jeśli Arka wyląduje na Ziemi, to Rada przestanie dbać tylko o swoje dupska i trochę się pohamuje w swojej tyranii. A nawet jeśli nie, to chociaż pozwolą odejść tym, którzy nie chcą bawić się w ich chore rządy. Zależało jej tylko na tym, żeby ci najmłodsi mieszkańcy Arki oraz jej współwychowankowie i opiekunowie wylądowali bezpiecznie i mogli być wolni, reszta ją naprawdę nie obchodziła. Nie było sensu gdybać, przekonają się dopiero kiedy i jeśli w ogóle Arka faktycznie wyląduje na Ziemi.
- Nie miej pretensji, że ludzie przychodzą do ciebie i marudzą. - Odetchnęła krótko i na moment spuściła wzrok, powiodła nim gdzieś wokoło, czując się nieco głupio, bo poniekąd sama to teraz robiła. To było dokładnie to samo, co robiły dzieci - przychodziły do tej najstarszej osoby, bo ufały, że wie wszystko i nie pozwoli, żeby stała im się krzywda. Marudziły, bo potrzebowały uwagi. A czym była setka, jeśli nie właśnie grupą dzieci samych w lesie? Nawet jeśli specyfika życia na Arce zmuszała ich wszystkich do szybszej dorosłości, to każdy z nich nadal był dzieckiem, duży procent w okresie dojrzewania, gdzie to burza hormonów brała górę nad rozsądkiem. Spojrzała znowu na Bellamy'ego. - Każdy z nas potrzebuje zrozumienia i poczucia przynależności, a nie każdy ma tu znajomych. Jesteś w samym centrum tego bałaganu. - Z rezygnacją wzruszyła ramionami i opuściła ręce. Coraz mniej miała ochotę na tę wymianę zdań, coraz bardziej chciała chociażby usiąść. Może jednak zadziałała zbyt impulsywnie przychodząc tutaj, ale... bezradność tak ją sfrustrowała, że musiała coś zrobić, nawet jeśli było to absurdalne. Padło na Bellamy'ego, bo nie było tu nikogo innego, kto według niej mógłby jakkolwiek jej pomóc.
Nie odpowiedziała na tę, w jej przekonaniu ironiczną, propozycję zamiany miejsc. Nie, wystarczyło jej problemów, a miała ich niemało, bo nowe otoczenie i brak przystosowania do życia na Ziemi owocował w całą masę rozcięć, stłuczeń, zatruć, a nawet złamań.
Ściągnęła brwi, słysząc to oskarżenie go o kradzież. Akurat całkowicie nie to miała na myśli, nic takiego nie powiedziała i gdzieś poczuła ukłucie wstydu, że tak ją odebrano.
- Nie powiedziałam nic o kradzieży. Widziałam, że zbierasz rzeczy znalezione na pokładzie, więc uznałam, że jeśli coś znalazłeś, to odłożyłeś na nagły przypadek. Do tej pory jakimś cudem udawało nam się obejść bez leków, ale ten przypadek gorączki nie ustąpił, stąd moja nagła i może trochę przesadnie emocjonalna wizyta. - Nie podniosła głosu, ale dało się usłyszeń nutę wyrzutu i jakiegoś żalu. No dobrze, zrobiło jej się trochę głupio, ale tym bardziej głupio byłoby się do tego otwarcie przyznać. - I uwierz mi, że z zewnątrz dla wielu osób wyglądasz jakbyś miał kompleks Boga. Jesteś tu najstarszy, wkręciłeś się jakimś cudem na statek i na dodatek jako jedyny z całego towarzystwa masz siostrę. Zdobyłeś posłuch rzucając zasadę braku zasad i nawołując do ściągnięcia bransolet, bo Arka i tak uważa nas za bezużyteczne śmieci. Jesteś w samym centrum. - Nic mu teraz nie zarzucała. Owszem, jeszcze przed kilkunastoma minutami też sądziła, że Bellamy uważa się za nie wiadomo kogo, ale ta cała rozmowa nieco zmieniła jej zdanie. Zauważyła w nim wiele emocji i... cóż, człowieka. Nigdy wcześniej nawet słowa nie zamienili, więc dopiero teraz mogła dostrzec prawdę, a nie iluzję malowanego obrazka.
- Nie wygrałabym samotnej walki z tym chorym systemem, jedyne co mogłam, to powiedzieć im na odchodne kto faktycznie marnuje tlen na Arce. Nie obchodzi mnie co się z nimi stanie, ale poza nimi wciąż są tam dzieci i ludzie dbający o ich dobro. I oni powinni mieć szanse na normalne życie bez tych problemów tlenu, czy jedzenia. Zresztą kto powiedział, że musimy zostać z pozostałymi ludźmi z Arki? Ziemia jest ogromna, znajdziemy sobie inny kawałek kontynentu i nie będziemy sobie wchodzić w drogę, a jak chcą mieć swoje chore przepisy, to niech mają je dla siebie. Nie mówię, że masz czytać dzieciom bajki na dobranoc, po prostu... - Zacięła się na moment, skrzywiła nieco, po czym przetarła zmęczoną twarz dłońmi i odetchnęła. - ... nie jesteś w tym sam. Sam to przed chwilą powiedziałeś. Tkwimy w tym razem, więc znajdźmy sposób, żeby to funkcjonowało i żebyśmy wszyscy razem się ogarniali, nie rób tego sam. Dowiedzmy się kto nad czym może sprawować pieczę i podzielmy się obowiązkami. I podejmujmy decyzje razem. Potrzeba nam wszystkim więcej komunikacji. I prawdy. - To zdecydowanie było prawdą. Tak jak akurat teraz w ich przypadku, emocje trochę opadły i najwyraźniej w jakiś pokrętny sposób doszli do czegoś w rodzaju konsensusu, obydwoje powylewali frustracje i dali upust emocjom. To jest dobre, rozmowa jest dobra, przynajmniej rozwiewa wątpliwości. w takim razie teraz pozostała jedna bardzo ważna kwestia do poruszenia, odpoczynek chyba jeszcze sobie poczeka.
- Dzisiaj w lesie natknęłam się na dziewczynę, która tu mieszka. Z pewnością nie jest sama. Jak dowiedziała się kim jestem, wydała się mocno poruszona i choć najpierw uratowała mnie przed połamaniem nóg, to po tej informacji mnie zaatakowała. Wydaje mi się, że możemy się spodziewać gości i to wcale nie będzie miła pogawędka przy herbatce i herbatnikach z napisem "witajcie nowi sąsiedzi". - Sama nie wiedziała czemu odebrała to jako zagrożenie. Ivette nie powiedziała nic, co mogłoby ja na to naprowadzić, ale coś było w jej zachowaniu takiego, że Danica miała bardzo silne przeczucie, iż tubylcy się ich nie boją. A w każdym razie nie był to rodzaj strachu, który kazałby im uciekać.

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Czw 23 Lip 2015 - 12:38

Może i by się zmienili, a może i nie. Nie powinni jednak zapominać, że wysłali ich tutaj na śmierć i sam Kanclerz w nagranym oświadczeniu powiedział, że są zbędni. Jasne, nie wszyscy byli źli, ale ilu było takich, którzy w jakikolwiek sposób reagowali na to całe zło, które się działo? Każdy pilnował swojego nosa i nie przejmował się tym, że inni cierpią. Bellamy wątpił, żeby to się zmieniło, kiedy już znajdą się na Ziemi. O ile się znajdą. Właściwie to wątpił nawet w to, że jak już nadejdzie dzień powrotu Arki na Ziemię, to wszyscy jej mieszkańcy się tutaj pojawią. Może to było czarnowidztwo, ale w żaden sposób by takie coś go nie zaskoczyło.
Bellamy zacisnął szczęki, nie odpowiadając na jej słowa. Nie chciał tego wszystkiego, nie chciał nikim przewodzić, ani robić cokolwiek. Wszedł na statek tylko dla Octavii i tylko o jej dobro dbał. Ludzie oczekiwali od niego rzeczy, których nie był zdolny zrobić, więc nic dziwnego, że był tym wszystkim sfrustrowany. Na przykład teraz. Mimo że spędził cały dzień zajmując się obozem, to i tak dziewczyna mu sugerowała, że nie stara się za bardzo, bo nie pociesza ludzi. Może i był od nich starszy, ale nie tak bardzo. Dodatkowo musiał nie tylko z ich problemami sobie radzić, ale także i ze swoimi. Wbrew wszystkiemu był tak samo sfrustrowany jak oni i czasami miał po prostu dosyć. Jednak w przeciwieństwie do większości nie fochał się i nie płakał. Co prawda wyładowywał swoją złość na tym, kogo akurat miał pod ręką, ale robił to zawsze w kontrolowany sposób. Na chwilę obecną nie miał zamiaru grać dobrego wujka, który wszystkich będzie wspierać i klepać po plecach. Nie miał również zamiaru mówić o tym dziewczynie. Niech sobie myśli, że go przekonała do swoich racji, chociaż tego nie zrobiła.
Oczywiście, że to była ironiczna propozycja. Bellamy robił tyle samo co inni, o ile nie więcej. I nie narzekał. Dlatego też irytowało go strasznie, jak ktoś mu rzucał w twarz ile robi, zarzucając tym samym, że Blake robi za mało. Niektórzy chyba zapominali, że jest takim samym człowiekiem jak inni i też potrzebuje chwili odpoczynku, a także zrozumienia.
- Miałem to wszystko zostawić porozrzucane, żeby potem nie można było niczego znaleźć? - zapytał, marszcząc brwi. Musieli w końcu nie tylko zorganizować pracę, ale też i jakoś obóz. Zebranie wszystkich narzędzi w jedno miejsce było jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem. - Zresztą nie byłem jedynym, który przeglądał Exodus. Możesz być pewna, że jakby jakiekolwiek leki zostały znalezione, to Clarke nie pozwoliłaby mi ich nawet dotknąć - dodał. W pierwszy dzień razem z córką doktor Griffin przeszukiwał ich statek w poszukiwaniu czegokolwiek. Gdyby znaleźli coś poza narzędziami, to pewnie dziewczyna by wszystkich powiadomiła, bo miała taki sam kompleks niesienia pomocy wszystkim dookoła, jak stojąca przed nim brunetka. - Kompleks Boga? - zaśmiał się krótko - Dobre. Tego jeszcze nie słyszałem - powiedział jedynie, kręcąc głową. Może i sposób w jaki dostał się na Exodus był dla wszystkich zagadką, jednak Bellamy nie miał zamiaru nikomu zdradzać tej tajemnicy. Jego intencje były już bardziej logiczne, bo już faktu, że Octavia jest jego siostrą i zrobi dla niej wszystko nie ukrywał. Zresztą powinni się cieszyć, że się tutaj znalazł, bo kto wie co by było, gdyby na czele setki stanął jakiś większy do Bellamy'ego egoista. - Po prostu powiedziałem prawdę. Wystarczyło uważnie posłuchać wiadomości od Jahy, która leciała podczas lotu Exodusa i dodać dwa do dwóch - stwierdził, zmęczony już tym tematem. Chciała, to mogła sobie wierzyć, że są jednak ważni i ktoś się o nich martwi. Bellamy nie miał takich złudzeń i, nawet jakby uważał, że Kanclerz dotrzyma swoich słów (czego przecież nie mógł zrobić, bo sam Bellamy do niego strzelił), to na Arce nie pozostał już nikt, kogo los Blake'ów by interesował.
- Nie musimy, ale nie jest też powiedziane, że pozwolą komukolwiek odejść. Osobiście nie chcę mieć nic wspólnego z Arką, ani jej mieszkańcami. Wiele osób uważa podobnie, ale skoro Ty uważasz inaczej, to już Twoja sprawa - powiedział, dosyć obojętnie, bo naprawdę było mu wszystko jedno, czy dziewczyna będzie marzyć o ratunku z rąk Arki, czy też nie. I tak nie mieli ze stacją żadnego kontaktu, więc średnio interesowały go różnice zdań na ten temat. - Więc po raz kolejny zapytam: co niby Twoim zdaniem przez ten cały czas robię? - zapytał, rozkładając ramiona. Od drugiego dnia na Ziemi właśnie tym się zajmował. Dowiadywał się kto jest w czym dobry i odsyłał go do danego zadania. Jak byli tacy, którzy znali się na roślinach, to szukali roślin jadalnych w lesie. Byli tacy, którzy budowali mur, czy też pracowali przy budowie innych rzeczy. Może i Bellamy nie należał do najbardziej prawdomównych osób, ale też w żaden sposób setki nie oszukiwał. Więc tak, robił to wszystko, co wyliczała dziewczyna, chociaż większość zdawała się tego nie dostrzegać.
- Dlatego właśnie budujemy mur - wytłumaczył, chociaż chyba nie trudno było się domyślić, dlaczego od paru dni tak intensywnie zajmują się właśnie tym - Murphy zabił jedną z... Ziemianek, która zaatakowała go i dwie dziewczyny. Właściwie to naprawdę mocno ich poturbowała. Tak czy inaczej, nie było to zbyt wesołe spotkanie towarzyskie, więc dziwi mnie, że jeszcze nie doszło do wizyty. Ale to dobrze dla nas. Mur zaraz zostanie skończony, będziemy mogli wytworzyć więcej broni, więc w razie czego będziemy mogli się bronić - powiedział. Ich największym problemem było to, że większość osób nie miała pojęcia jak posługiwać się nożykiem, czy włócznią tak, żeby zadać prawdziwy cios. Nad tym będzie trzeba jeszcze popracować... - Przydałyby się nam jakieś strzelby, albo pistolety... - mruknął, bardziej do siebie, niż do swojej rozmówczyni.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Czw 23 Lip 2015 - 18:51

Może jakby Clark była gdzieś pod ręką, a nie zniknęła nie wiadomo gdzie, to Dani poszłaby najpierw do niej z całą sprawą. Ale po pierwsze nie widziała blondynki nigdzie od jakiegoś czasu, a po drugie Bellamy'ego było łatwiej znaleźć, bo nawet jakby nie było go w namiocie, to w końcu by do niego przyszedł. Ale to nadal jest tylko może.
Komentarz, ze nie zamierzała nikogo słuchać, jeśli zabroniliby jej odejść, zatrzymała dla siebie. To nie Arka, nie taka mała zamknięta przestrzeń, więc jakby odeszła, to podejrzewała, że nawet nikt nie marnowałby sił, żeby ją szukać. Chciała tylko wiedzieć, że ci, o których się martwiła i troszczyła są bezpieczni, reszta mogłaby zostać w kosmosie i tam skisnąć.
Coś obiło jej się o uszy, że niby ktoś widział jakiegoś człowieka, ale na tym skończyło się to, co słyszała. Teraz Bellamy to potwierdził, a dodatkowa informacja, że Murphy zabił jedną z tubylców... aż głowa ją mocniej rozbolała. Przez kilka sekund wpatrywała się w chłopaka w lekkim osłupieniu. Teraz zachowanie Ivette przestało ją dziwić, najwyraźniej tamci już wiedzieli o śmierci jednej ze swoich i wiedzieli, że to z rąk jednego z setki. W ogóle wszystko jakoś tak nabrało teraz sensu.
- Dużo ludzi o tym wie? Ze Murphy zabił jedną z miejscowych, która ich zaatakowała? - Jakoś tak to pytanie pierwsze przyszło jej na myśl. Powinni wiedzieć co ich może czekać. I choć posiadanie broni w takich okolicznościach było jak najbardziej uzasadnione i faktycznie mogło być pomocne, to może nadal nie wszystko było stracone.
- Ivette, ta dziewczyna, którą spotkałam, z pewnością jej reakcja wynikała z tego, że wiedzą co się stało. Ale mnie zabiła, w ogóle... zaatakowała mnie tak, żeby nie wyrządzić mi większej szkody, tylko żeby mogła odejść z pewnością, że za nią nie podążę. Może udałoby się uniknąć agresywnego rozwiązania problemu, kiedy już przyjdzie do konfrontacji. - Właściwie Dani była jedną z tych, co to nie potrafili się posługiwać bronią. Jedyne, czym ewentualnie mogłaby się posłużyć w ramach defensywy, to znajomość anatomii człowieka i wiedza, gdzie znajdują się słabsze punkty. Ale i tak wolałaby uniknąć rozwiązywania problemu drogą fizycznej agresji. W przypadku dzieci to działało, może zadziałałoby i tutaj?

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Czw 23 Lip 2015 - 20:10

Niestety tutaj jak ktoś już gdzieś poszedł, to trochę ciężko było go potem odnaleźć. Akurat pod tym względem Arka była lepsza, bo nie było gdzie pójść. To było teraz jednym z ich większych problemów, bo część osób wolała zwiedzać las na własną rękę i już nigdy z niego nie wracała. Szukanie ich było potem jak szukanie igły w stogu siana. Powinni sobie wszczepić jakieś chipy, albo chociaż zawiązać dzwoneczki na szyi, żeby już z daleka było słychać nadchodzących setkowiczów.
Relację o spotkaniu z Ziemianinem Bellamy usłyszał od samego Murphy'ego. Nie było to dla chłopaka zbyt przyjemne uczucie, ale raczej nie chodził i nie chwalił się wszystkimi tym co zrobił. Oczywiście osobiście Bellamy go nie winił - działał w obronie własnej i tych, którzy mu towarzyszyli, co było poprawnym zachowaniem. Wątpił jednak, żeby inni również w ten sposób postrzegali to wydarzenie. Na pewno znaleźliby się tacy, którzy widzieliby w Murphym jakieś niespotykanie wielkie zagrożenie, które sprowadzi na nich wszystkich unicestwienie. Dla Bellamy'ego chłopak był zbyt cenny, żeby wystawiać go na takie niebezpieczeństwo. Wolał go mieć przy sobie, niż wygnanego gdzieś w lesie.
- Tylko ja i oczywiście osoby, które widziały zajście na własne oczy. Teraz jeszcze Ty. I wolałbym, żeby tak na razie pozostało - powiedział, nie zamierzając podawać powodów, dla których tak właśnie być powinno. Nie chciał powodować niepotrzebnej paniki, ani też nastawiać jednych przeciwko drugich. Przebywając w tak dużej grupie niektóre rzeczy lepiej było pozostawić tajemnicą, niż rozgłaszać je wszem i wobec.
- To nie oni ją zaatakowali, tylko ona ich. Pewnie gdyby nie Murphy, to cała trójka byłaby martwa, a my byśmy nie wiedzieli nawet co się z nimi stało. Jeżeli oni zaatakują nas, to nie będziemy siedzieć i prosić o łaskę, tylko odpowiemy tym samym. Murphy zrobił to co należało zrobić i co każdy tutaj obecny powinien zrobić. Zresztą skąd niby mogą wiedzieć, że to nasza robota? Nie wiemy ilu ludzi żyje na Ziemi, może jest ich więcej i nie wszyscy żyją w pokoju - odpowiedział - Aidan też nie zginął z powodu upadku z drzewa. Był tam z nim ktoś, kto go zabił i mogę Cię zapewnić, że to nie był nikt od nas. Nie mam zamiaru bawić się w pertraktacje z kimś, kto zabija bezbronnych ludzi. Jasne, Aidan był irytujący, ale był niegroźny. Nie miał ze sobą broni, niczego. Wątpię więc, żeby oni chcieli się dogadać z nami, bo raczej zrzucanie z ludzi z drzew nie jest ukrytą wiadomością oznaczającą 'zaprzyjaźnijmy się'. Gdyby było inaczej, to na pewno by z taką łatwością nie zabijali naszych ludzi - stwierdził, wzruszając ramionami. Jak dla niego te ataki były jasnym przesłaniem. Tubylcy nie mieli wobec nich żadnych przyjaznych zamiarów, wręcz przeciwnie. Dlatego też tak ważne było ukończenie budowy muru i zaznajomienie jak największej liczby osób z bronią, jaką dysponowali. Nie było to zbyt dużo, ale nie oznaczało to, że nie mają żadnych szans. Oczywiście gdyby posiadali broń palną to wszystko wyglądałoby inaczej, jednak chyba nie było co liczyć na cud, że nagle znajdą gdzieś składzik pistoletów.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Czw 23 Lip 2015 - 21:03

Dzwoneczki już prędzej wpasowywały się w ich możliwości, ale niestety nie tylko pozostali setkowicze słyszeliby swoich z dala. Nie mówiąc już o Ziemianach, z pewnością w lesie czai się też jakaś mało przyjaźnie nastawiona zwierzyna, którą dźwięki zwabiłyby z daleka. I tak źle, i tak nie dobrze! I weź tu bądź mądry człowieku...
Murphy... nie znała go, ale sposób w jaki się zachowywał nasuwało pewien obraz. Z pewnością kryło się pod tym dużo więcej, jasne, ale pierwszego wrażenia nie robił zbyt przyjemnego. Ale fakt, nie rozpowiadał na lewo i prawo o tym incydencie, w innym wypadku w całym obozie brzęczałoby niczym w ulu. Pięć osób. Pięć osób z setki miało pojęcie co się dzieje i co może na nich czyhać. Aż Dani zrobiło się słabo.
- A przynajmniej ktoś więcej wie, że poza nami w tym lesie są jego mieszkańcy? - Jakoś nie chciało jej się wierzyć, że nikt nie zadawał pytań o mur. A tym bardziej jak już każdy dostanie broń i przykazanie nauki obrony, nie sądziła żeby takie coś przeszło gładko i bez salwy pytań z serii "dlaczego".
Nie dość, że przed chwilą dowiedziała się o jednym morderstwie, to zaraz Bellamy poinformował ją, jakoby Aidan nie zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, a został zamordowany. Czyżby miała jakieś poronione szczęście w tym swoim spotkaniu z Ivette? Bo na razie wyglądało to tak, jakby każde spotkanie kogoś z tubylców kończyło się śmiercią jednej ze stron.
- Nie mówię, żebyśmy błagali o laskę, kiedy nas zaatakują. Ale może w ogóle da się uniknąć konfrontacji. Ta dziewczyna, Ivette, nie miała złych zamiarów, zmieniła nastawienie dopiero, jak dowiedziała się, że jestem jedną z naszej grupy. Gdyby nie wiedzieli, że jedna od nich zginęła z rąk kogoś od nas, to sądzisz, że też tak po prostu zmieniłaby nastawienie? Nic im nie zrobiliśmy... No chyba że ktoś faktycznie coś zrobił i nikt o tym nie wie. W każdym razie, co chce powiedzieć to, że może wcale nie wszyscy chcą nas atakować. Może udałoby się jakoś nawiązać porozumienie, zapobiec niepotrzebnym nieprzyjemnym i krwawym spotkaniom. - Problemem pozostawał sam fakt, że jak dotąd każde spotkanie z miejscowymi kończyło się albo śmiercią jednej ze stron, albo przynajmniej guzem, jak to było w przypadku Dani.

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Czw 23 Lip 2015 - 21:39

Pozostawało im jedynie mieć nadzieję, że nikt już nie będzie na tyle głupi, żeby zapuszczać się w las samotnie. Oczywiście wciąż zdarzały się chojraki, które uważały, że nie ma tutaj żadnego niebezpieczeństwa, a jak nawet jakieś jest, to oni sobie z nim poradzą, jednak ich liczba się zmniejszała, proporcjonalnie do liczby tych, którzy gdzieś zaginęli. Teraz to nawet szukanie ich było bez sensu, bo kto to wiedział w którą stronę poszli, albo czy w ogóle jeszcze żyją.
Zdecydowana większość osób pewnie miała jakieś zarzuty wobec Murphy'ego, jednak Bellamy w jakiś trochę pokręcony sposób darzył go zaufaniem i młością. Może i nie zwierzali się sobie, lecz Blake wiedział, że w razie czego może zostawić chłopaka na straży, żeby pilnował porządku. Albo Octavii. Tak czy inaczej, wierzył jego słowom i relacji z tego pechowego dnia.
- Każdy, kto mnie słucha? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Był na tyle uprzejmy, że powiadomił Setkę o niebezpieczeństwie, gdy tylko się o tym dowiedział. Owszem, ominął wzmiankę o zabitej kobiecie, jednak mieli przed oczami Murphy'ego który był żywym dowodem na to, że nie są tutaj sami, a dodatkowo ktokolwiek tu jeszcze mieszka to nie pała do nich miłością. Dlatego tak łatwo było zmobilizować ludzi do organizacji i wykonywania poleceń. Strach przed nieznanym niebezpieczeństwem robił swoje, ale w tym wypadku działało to na ich korzyść, gdyż niebezpieczeństwo było realne.
- Więc powinnaś się cieszyć, że jeszcze żyjesz. Nie zaatakowaliśmy ich pierwsi, to oni są tymi, którzy napadają na naszych ludzi i, jeżeli mają taką szansę, to pozbawiają ich życia. Wiemy tylko o Aidanie, ale ile jest osób, które poszły do lasu i nigdy nie wróciły? Nie mamy pewności, czy wciąż żyją, czy może ktoś ich zamordował. Dlatego jeżeli oni zaatakują nas, albo wciąż będą nas mordować, to nie pozostaniemy bierni. Nie będę się dogadywał z nikim, kto zabija bezbronnych ludzi z zimną krwią - odpowiedział. Być może i próba rozwiązania tego 'konfliktu' w jakiś pokojowy sposób byłaby dobrym rozwiązaniem, ale na to, zdaniem Bellamy'ego było za późno. To Ziemianie jako pierwsi zaczęli ich atakować, więc jeżeli chcieli wojny, to na pewno ją dostaną.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Czw 23 Lip 2015 - 22:16

Skoro Murphy'iego i dwie dziewczyny zaatakowała jedna kobieta i na dodatek dała im nieźle w kość zanim sama straciła życie, to nie tylko w pojedynkę byli zagrożeni. Z resztą, czy siedząc w Obozie też nie byli zagrożeni? Pomimo muru, który powoli się kończył i pomimo tej niewielkiej ilości broni, którą zrobili, jak i też wcale nie tak wielkiej ilości osób, które umieją się nią posługiwać, ich życie było jeszcze bardziej zagrożone, niż Dani wydawało się pięć minut temu. Wszystko wywracało się do góry nogami, bezustannie.
- Musi być jakaś przyczyna tych ataków. Nie lepiej spróbować uniknąć większej ilości ofiar chociaż próbą jakiejś komunikacji? Okej, zgadzam się, mamy powód nazywać ich niebezpiecznymi mordercami, ale oni nas też. Dopóki nie wiemy o innych ofiarach, jest jeden jeden. Według mnie to o dwa za dużo, a skoro jedna z nich wykazała choć odrobinę pokojowych zamiarów, to poza nią może jest ktoś jeszcze, kto byłby skory do wyjaśnienia choćby powodów czemu to mamy się nawzajem wybijać. Przynajmniej nikt nie mógłby wtedy nikomu zarzucić próby pokojowego rozwiązania problemu. - Choć nie miała zbyt wiele do czynienia z tubylcami, bo napotkała tylko Ivette, a pozostałe informacje to te, które teraz otrzymała od Bellamy'ego, to była przekonana, że można uniknąć większej ilości ofiar, można się jakoś dogadać. Okej, może faktycznie było dużo więcej mieszkańców ziemi i może jedni z drugimi się nie lubili i może nawet mieli zwyczaj atakowania się profilaktycznie, żeby zdusić w zarodku jakiekolwiek potencjalne konflikty, tworząc w ten sposób nic innego, jak właśnie konflikt, ale setka nie była taka, jak oni, nie musieli się tak zachowywać. Przecież nikt z nich nie chciał nikogo zabijać, a skoro działali w obronie własnej, to mieli wyjaśnienie swoich czynów.

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Czw 23 Lip 2015 - 22:47

Bez względu na to, czy zagrażali im tubylcy, czy też nie i tak powinni się nauczyć bronić. Mieszkali w lesie, a jedyne co ich od niego oddzielało był ich mur. Kto wiedział co się czaiło w ciemności, jak promieniowanie wpłynęło na zwierzęta, a także na ludzi. Ich życie było zagrożone od momentu, kiedy ich statek został wysłany na Ziemię i prawdopodobnie nigdy nie będą całkowicie bezpieczni. Dlatego potrzebowali broni, muru i tego wszystkiego. Wbrew pozorom, ten cały lęk przed nieznanym sprawiał, że trzymali się razem i współpracowali. W końcu nic tak nie jednoczyło ludzi, jak wspólny wróg i Bellamy miał zamiar wykorzystywać tą kartę tak długo, jak to tylko będzie możliwe.
- Więc tak całkowicie hipotetycznie załóżmy, że postanowimy zawrzeć pokój. Co będzie jak w zamian za pokój, będą chcieli dostać mordercę jednej z nich, żeby wymierzyć mu sprawiedliwość? Oddamy im Murphy'ego w imię większego dobra i spokojnego życia? Albo, jak postanowią, że jednak wcale im się nie opłaca żyć z nami w zgodzie i, i tak nas zaatakują? Mamy po prostu uwierzyć na słowo ludziom, których nawet nie znamy i którzy bez żadnego ostrzeżenia, a nawet i bez powodu zaczęli nas atakować i mordować? - nie mógł się zgodzić na takie coś, zwłaszcza, że pokój ten i tak by im nie gwarantował żadnego bezpieczeństwa. Zawiesił wzrok na ziemi, która była również podłogą namiotu. Nie mogli poradzić nic na to, że po obu strona pojawiły się ofiary, jednak Bellamy podejrzewał, że w ostatecznym rozrachunku, z pokojem czy też bez, wyjdzie na to, że to oni właśnie poniosą największe straty. Na to pozwolić nie mógł. Może i dogadanie się z tubylcami było najlepszym rozwiązaniem, jednak na to było już prawdopodobnie za późno. - Atakują i zabijają ludzi, którzy nie stanowią żadnego zagrożenia. Nie ma mowy o żadnym pokoju. Murphy dał sobie radę, ale co by było, gdyby ofiarami stała się trójka najmłodszych dzieci. Wciąż chciałabyś udać się na negocjacje? Będziemy robili to co robiliśmy do tej pory i naprawdę nie obchodzi mnie Twoja opinia na ten temat. Zajmij się leczeniem chorych i wysłuchiwaniem smutków, a ja zajmę się zapewnieniem bezpieczeństwa, nawet jeżeli miałoby to oznaczać wojnę - powiedział, po dłuższej chwili milczenia. Nie miał zamiaru rozpętywać żadnej wojny, ale nie chciał też, żeby siedzieli bezbronni i zdali się na łaskę Ziemian. Musieli się uzbroić i to nawet nie podlegało dyskusji. Jeżeli dziewczyna miała z tym jakiś problem, to już nie jego zmartwienie. Chcieli, żeby nimi przewodził, to teraz nie powinni podważać jego decyzji, bo jak na razie nie zrobił nic, co działałoby na ich niekorzyść.

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Pią 24 Lip 2015 - 0:52

- Nie zapominaj, że oni też zabili jednego z naszych. Nieuzbrojonego. I prawdopodobnie nie musieli się przed nim nawet próbować bronić. Jeden - jeden. Po każdej stronie jest strata, więc jeśli zażądaliby mordercy, my też mamy do tego prawo, a jakoś nie wydaje mi się, żeby z wielką chęcią oddali nam swojego człowieka. Są dokładnie w takiej samej sytuacji, jak my, też nas nie znają, tez mogą podejrzewać, że ich zaatakujemy, ze nie da się z nami dogadać, czy cholera wie co. Mówię tylko, że musi być jakaś przyczyna tych ataków, jeśli wiedzielibyśmy jaka, to może udałoby się przynajmniej nie wchodzić sobie w drogę, dojść do jakiegoś porozumienia, bo na wielkie przyjaźnie raczej nie mamy co liczyć z takim nastawieniem. - Nie mówiła tu tylko o nastawieniu Bellamy'ego, mówiła o nastawieniu obydwóch stron. Skoro tamci atakowali, to raczej też nie zamierzali witać ich z otwartymi ramionami, ale mimo to wierzyła, że była szansa na załagodzenie tego sporu, którego przyczyny nawet nie znają. Jeśli nie spróbują nawiązać jakiegoś porozumienia, to było więcej niż pewne, że oberwą, i to solidnie, a jeśli udałoby się jakoś dogadać z tubylcami, to jeśli nie uniknęliby ofiar, to może przynajmniej zredukowali ich ilość.
Ściągnęła gniewnie brwi i zmrużyła lekko oczy, słysząc jego słowa i tę zagrywkę na jej uczuciach.
- Owszem, wciąż byłabym za tym, żeby dowiedzieć się co im do cholery zrobiliśmy, że nas atakują. Bo może dzięki temu uniknęlibyśmy kolejnych ofiar. Tylko może. Ale to "może" w zupełności mi wystarczy, jeśli druga opcją jest pewność, że będą kolejne ofiary. - Zdecydowanie ton jej głosu nabrał ostrzejszych nut i choć nawet o decybel go nie podniosła (może nawet mówiła nieco ciszej), to niósł w sobie moc rozgniewania. - Może właśnie to jest twoim problemem, masz gdzieś czyjeś opinie na znaczące tematy, najlepiej zapudełkuj każdego w tym, w czym jest dobry i nie słuchaj ich zdania na inne tematy, bo przecież skąd mogą coś wiedzieć, nie mogą mieć wątpliwości i podważać zdania ekspertów, nie mogą pytać, bo nie rozumieją dlaczego ma być tak, a nie inaczej. Tak krytykujesz rząd Arki i kanclerza, a sam jesteś nie lepszy. Nie słuchasz i nie dopuszczasz do siebie wiadomości, że może być inne wyjście, bo podjąłeś już decyzję. Podjąłeś ją za wszystkich. - Pokręciła lekko głową z rezygnacją i zamilkła zaledwie na sekundę. I na co właściwie to wszystko było? Cały gniew wezbrał w niej na nowo. Nie mówiła przecież, że nie mają się uzbrajać i umieć bronić, nie zamierzała wtykać kwiatków w lufy pistoletów i palić noży. Widziała po prostu więcej, niż jedną możliwość i nawet jeśli miała dużo mniejsze szanse na powodzenie, to próba podjęcia jej i tak kosztowałaby ich mniej, a w rezultacie mogła przynieść dużo więcej korzyści. Ale nie, po co w ogóle brać to pod uwagę, po co w ogóle próbować być człowiekiem podobno cywilizowanym.
- Wojna jest diametralnym przeciwieństwem bezpieczeństwa, więc po zbudowaniu muru proponuje zacząć kopać groby, bo jak tak dalej pójdzie, to niebawem wszyscy się w nich znajdziemy. - Miała dość. Miała serdecznie dość, głowa jej pękała, znowu była spięta i na dodatek przed nią wisiało widmo kolejnej nieprzespanej nocy. Miała więcej niż dość i teraz pluła sobie w brodę, że w ogóle tu przyszła, bo ostatecznie chyba jednak większa część tego, co o Bellamy'm myślała, potwierdziła się. I ani trochę nie poprawiło jej to humoru.
Rzuciła mu ostatnie gniewne spojrzenie i odwróciła się na pięcie. Skoro nie obchodzi go jej opinia na ten temat, to nie zamierzała tu dalej bez sensu sterczeć, miała ważniejsze rzeczy do zrobienia. Wyszła z namiotu i skierowała się do miejsca, gdzie ostatnio zostawiła dziewczynkę z gorączką.

/to ten, to zt! I widzisz, nie jesteś Aniołem Śmierci <3 Złamałam Twoją klątwę!

_________________
Danica
Guerin
I don't pray for lighter load, but for strongr back.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Jelonek Setkowicz
avatar



PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   Pią 24 Lip 2015 - 12:56

- Niby jakim cudem mieliby być w takiej sytuacji jak my? - zapytał rozbawiony, bo słowa dziewczyny brzmiały dla niego po prostu absurdalnie. - Co z tego, że my zabiliśmy jednego od nich, a oni od nas. Jest ich więcej. Żyją tutaj od stu lat, znają lasy i zapewne wiedzą wszystko o przeżyciu. Jedna dziewczyna od nich pobiła trzy osoby od nas, gdzie cała trójka była zdrowa i silna. Widziałaś nasz obóz? Mamy drewnianą palisadę, parę włóczni i to tyle. Jesteśmy tak słabi, że nawet by im się nie opłacało z nami dogadywać, lepiej po prostu wszystkich się pozbyć i po problemie. Nie jesteśmy w takiej samej sytuacji. Dlatego właśnie pójście i próby dogadania się będą samobójstwem. Musimy nauczyć się bronić, a nie negocjować z bóg wie kim - to nie było kwestią nastawienia, ale po prostu myślenia zdrowego myślenia. Setka była słaba, nie było sensu ukrywać, że na dzień dzisiejszy tak jest. Przeżyć mógł tylko silniejszy, więc jak pójdą i będą chcieli się dogadywać, automatycznie pokażą, że nie są w stanie się bronić. Tak to właśnie widział Bellamy i żadne słowa, ani namowy tego nie zmienią.
- Pojawiliśmy się tutaj, czy to wystarczający powód, Twoim zdaniem? - zapytał. To akurat było logiczne, że prawdopodobnie wtargnęli na teren jakiś ludzi, czy grupy ludzi, czy jak tam się oni nazywali. W świecie, gdzie tak naprawdę cywilizacja za bardzo nie istnieje, to pewnie był wystarczający powód, żeby rozpocząć krwawą jatkę. - Już skończyłaś? - takie gadki umoralniające może i by na kogoś podziałały, ale tym kimś na pewno nie był Bellamy - Proszę bardzo, idź i wszystkim ogłoś, co ich czeka, może czekać i pozwól decydować. Niech zapanuje chaos i wszystko, co do tej pory udało nam się osiągnąć legnie w gruzach. Tłum nigdy nie podejmuje dobrych decyzji, bo działa pod wpływem chwili i emocji. Nie podejmuje decyzji za wszystkich, po prostu robię to, co należy zrobić - powiedział. Bez przesady, nie był żadnym tyranem! Zresztą był pewien, że gdyby zapytać o zdanie na ten temat resztę, to pewnie by się przestraszyli i byłoby jeszcze gorzej niż jest. Teraz jednoczył ich wspólny wróg, mogli znaleźć motywację do pracy i jakieś światełko w tunelu, że nie są tacy bezsilni, mogą nauczyć się bronić i wspólnie przetrwają. Brunetka chciała to wszystko zniszczyć w oka mgnieniu, bo wydawało jej się, że mogą coś zmienić. Równie dobrze mogli nie podejmować żadnej decyzji w tej sprawie i robić, to co robili do tej pory. Bellamy nie miał zamiaru ruszyć na Ziemian i rozpętać wojnę. Nie chciał prosić o pokój, jednak dla niego to nie było jednoznaczne z rozpoczęciem żadnej walki.
- Już je kopiemy - odpowiedział. Nikomu nie zagrażali, nikogo nie napadali, a ich ludzie i tak umierali. Nie byli problemem i jedyne czego chcieli, to po prostu móc normalnie funkcjonować. Dogadywanie się z ludźmi, którzy jako pierwsi ich napadli nie wchodziło w grę. Może i dziewczyna znała się na medycynie, czy też dzieciach, ale bycie potulnym barankiem w świecie w którym się znaleźli mogło ich wszystkich tak samo pozbawić życia, jak i wojna. Podejmując walkę chociaż nie okazywali się tchórzami.
Tak czy inaczej, przyszła tutaj z własnej woli, sama zaczęła dyskutować, więc nie powinna się dziwić, że wychodziła bardziej sfrustrowana, niż w momencie kiedy tutaj się pojawiła. Ich spojrzenia na to, jak zapewnić bezpieczeństwo ich grupie zdecydowanie różniły się od siebie i raczej nic nie wskazywało na to, że w najbliższym czasie to się zmieni. Chociaż Bellamy podejrzewał, że szybciej to jego rozmówczyni zmieni zdanie, niż on. Teraz jednak nie miał zamiaru zadręczać się tymi myślami, bo po prostu potrzebował odpoczynku.

/zt

_________________

down here, weakness is death,
fear is death
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Namiot (Bellamy Blake)   

Powrót do góry Go down
 

Namiot (Bellamy Blake)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Namiot (Bellamy Blake)
» Ścieżka z polanki do statku
» Bellamy Blake
» Bellamy Blake
» Namiot cyrkowy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
What's wrong with a little chaos? :: Ziemia :: east :: Obóz setki-

Forum stworzone na podstawie serialu The 100. Styl, ogłoszenie, wszystkie kody oraz grafika znajdujące się na forum zostały stworzone przez administrację.